Bieszczadzkie błoto po uszyPierwsza edycja Yamaha Off-Road Experience za nami! Wrażeń z nocnej jazdy po połoninach i widocznych za dnia błotnistych kałuż i rwących potoków długo nie zapomni blisko stu uczestników, ich rodziny i znajomi, którzy w miniony weekend wzięli udział w bieszczadzkiej przeprawie.
Piątkowe popołudnie. Po 6 godzinach drogi z Warszawy dojeżdżamy na miejsce. Przed nami rysują się pierwsze budynki Natura Parku, na parkingu już sporo busów i osobówek z przyczepami. Ludzie rozładowują sprzęt, trwa zbrojenie, z tyłu na trawie ustawiają się w rzędach motocykle. Głównie crossy różnych marek, tylko parę enduro Yamahy. Nasz testowy sprzęt przyjechał już dwa dni temu, stoi duży namiot Yamahy i balon. Wciąż dojeżdżają kolejni uczestnicy, na wieczornej odprawie zamelduje się przeszło 90 pojazdów, do tego rodziny i znajomi. Trwa rejestracja, organizatorzy – ekipa dealera Yamahy Ring Road – dwoi się i troi. „Poproszę o nazwisko. Tam odbierzesz pakiet startowy. Jaki rozmiar nosisz?” Każdy dostaje waypointy, naklejki na pojazd, okazjonalny Tshirt. Ludzie rozpoznają się, witają, przekrzykując pomruk pracujących silników w pojazdach. Po chwili zaczynamy się czuć częścią jednej wielkiej off-roadowej rodziny. Nocna jazda
O 20. zaczyna się odprawa. Łukasz Dawidowski opisuje teren, po którym jeździmy – kwadrat 10 x 10 km, legalnie przygotowany na naszą imprezę, i trasy – lżejszą, turystyczną i hard-core’ową Adventure, osobne dla dwu- i czterokółek. Łukasz przedstawia zasady bezpieczeństwa i sześcioosobową grupę GOPR. Na szczęście skończy się na jednej złamanej nodze, czekający w pogotowiu śmigłowiec odleci w swoim kierunku dopiero po zakończeniu imprezy. Jeszcze wieczorem pierwsi chętni wyjeżdżają na nocną przeprawę. ATV i enduro z reflektorami, crossy muszą zaczekać do rana, aż zrobi się widno. Tuż przed startem pracuje kilkadziesiąt silników. Jeszcze ostatnie sprawdzenie sprzętu i ruszamy w ciemną noc, nie wiedząc, co nasz czeka na trasie. Początkowo prosta droga zaczyna kluczyć w lesie, robi się coraz ciaśniej między drzewami, pod kołami mokra glina. Ale wieczór jest ciepły, noc gwiaździsta i nikt nie zamierza się poddać. Atmosfera coraz gorętsza, po pierwszych uślizgach wszyscy są już kumplami. W bazie w tym czasie pozostali uczestnicy integrują się. Przyjechało mnóstwo ludzi, więc w hotelu i w domkach kempingowych ciasno. Na korytarzach stoją kaski, buty, na łóżkach porozrzucane zbroje i ciuchy na rano. Na tarasach gwar, na parkingu ruch, i choć noc coraz późniejsza, a niektórzy mają dziś za sobą nawet pół tysiąca kilometrów, wciąż jeszcze nie gasną światła. „Sto lat się nie widzieliśmy!”. Z Płocka przyjechali na Super Tenerach, z Warszawy na kołach WR250R, człowiek z Poznania przywiózł Grizzly na przyczepie, są ludzie z wybrzeża i z okolic Rzeszowa. „Od dwóch miesięcy czekam na tę imprezę! No to jutro szykuje się niezła jazda!”…
Czasówka w strumieniuSobota rano. Odprawa, po zabłoconych kurtkach i kaskach widać, kto wczoraj zrobił nocną rundę. Ale wszystkie maszyny lśnią, gotowe do dzisiejszych przepraw. Łukasz dzieli nas na grupy. Masz doświadczenie? Jedziesz w Adventure, na roadbooku wgranym do własnego GPS i zbierasz punkty na waypointach na trasie. Nie czujesz się pewnie w terenie? To dołącz do grupy turystycznej prowadzonej przez instruktora. O 9.30 uczestnicy odpalają quady, kopniakami uruchamiają crossy. My ruszamy Rhino, na pokładzie fotograf Piotrek Łazęcki, więc mamy jechać spokojnie. Ale na pierwszym podjeździe koło osuwa się, Rhino opiera się bokiem na koleinie. Zalewa nas fala błota. Piotrek wyskakuje i w ostatniej chwili ratuje aparat przed utopieniem. Mijają nas motocykliści, nagle jeden wpada w dół, koziołkuje przez kierownicę i ląduje w kałuży. Pod wodą rysuje się kształt ramy WR250R. Dalej chwila spokoju, podziwiamy otwarte łąki otoczone górskimi masywami, potem wjeżdżamy w ciemny las. Trasa biegnie wyznaczonymi drogami, a i tak nie jest łatwo. Gliniaste błoto klei się do opon, motocyklistom coraz trudniej utrzymać pion.
W grupie quadowej trwa współpraca – na każdym ostrym podjeździe idą w ruch wyciągarki, przydają się pomocne ręce. Wczesnym popołudniem przemoczeni i już trochę zmęczeni zjeżdżamy na obiad. Przy dymiących retortach jemy kultowy bigos. Wszyscy razem, na trawie. Bardzo off-roadowo. Po lunchu próba czasowa. Normalna droga szybko przechodzi w stromy podjazd, dalej trasa skręca do strumienia. Jedzie się pod prąd nurtu, więc podjazd pod nieduży wodospad jest dobrze widoczny. Ale znajdujący się tuż za nim dół już nie. Mariusz ze Ścigacza wspina się motocyklem po kamieniach, ale zaraz potem przelatuje nad kierownicą i ląduje w wodzie. Na szczęście za chwilę znów wsiada na kozę. W cuglach czasówkę wygrywa mistrz Polski i wicemistrz Europy enduro Łukasz Kurowski na seryjnej WR250R. A jednak da się! Po południu Łukasz szkoli motocyklistów w jazdy enduro. Patykiem bije krnąbrnych po tyłkach. „Nie siedź! Popraw pozycję!” – wszystko niby w żartach, ale każdy przybiera odpowiednią pozycję, starając się jak najwięcej skorzystać z lekcji. Za szkolenie Łukasz zbiera same pochwały!
Jazdy trwają aż do kolacji. Wieczorem przy żeberkach, i tylko żeberkach, bo kolacja, niestety, dość skromna, jeszcze raz przeżywamy cały dzień. Trudny trawers, podjazd, przekoszony zakręt, kałużę głęboką na pół metra, niespodziewaną wywrotkę. Piotrek i Filip z Uhma Bike chodzą dumni – nikt nie wierzył, że pokonają trasę na „ośkach” – quadach z napędem na jedną oś. Yamaha wręcza nagrody, za czasówki, największemu pechowcowi oraz zawodnikowi, który przyjechał w Bieszczady z najdalej oddalonej miejscowości. Wyróżnień jest dużo, powoli schnie błoto na kurtkach, robimy się senni. Przecież jutro też jest dzień i niedzielne jazdy dla tych, którzy jeszcze nie mają dość bieszczadzkiej przeprawy. „Szkoda, że nie spadł deszcz – dodaje na koniec Łukasz Dawidowski. – Byłoby jeszcze trudniej, ciężej i gorzej, a przecież o to chodzi w off-roadzie!”.
Yamaha Off-road Experience 2010




