W końcu nadszedł ten upragniony dzień - dzień wyjazdu. Droga dłużyła się niemiłosiernie, ale w końcu JEST -ośrodek Łukasza. W ciepły piątkowy wieczór dojechałem do celu. Po długiej i męczącej podróży pierwsza myśl: „jadę sześć godzin na długo oczekiwaną wyprawę a tu nic się nie dzieje, odwołali? Meta wygląda na opuszczoną?". Na parkingu w Tyrawie widoczne tylko dwa cywilne autka, zero quadów, brama otwarta, ciemno, bo późny wieczór, z braku innych perspektyw i z nudów ruszam jak ochroniarz na obchód ośrodka.
WIECZOREK ZA POZNAWCZY I POWIEDZENIE - POZORY JEDNAK MYLĄ
Po kilku minutach dostrzegam w jednym domku zapalone światło i tam kieruje swe kroki.
No i wielka radość „są jednak są". Boss i organizator w jednym - Łukasz przeciera oczy ze zdziwienia i witamy się jak starzy, dobrzy kumple - słowa Łukasza są jak miód na moje serce po tak długiej podróży „To będzie super wyjazd, z tobą dacie radę!, dojedziecie!"
W domku zapoznaje się z Dawidem Marcinem, obaj już długo czekają na resztę uczestników wyprawy. Tematów do rozmów nie brakuje, wiadomo zawsze coś się dzieje, imprez quadowych każdy przeżył wiele i chce się nimi podzielić. Przy zimnym piwie czas szybko płynie i po północy dojeżdża do bazy Norbert - nasz wyprawowy przewodnik i nawigator. Facet ma szczęście, pracuje w największym w okolicy salonie ze sprzętem przeprawowym i do tego byt na szlaku w poprzednim roku. Wiadomo - Ukrainę już poznał - teraz ma możliwość przekazać swoją wiedzę nam ludziom dzikim, nieposkromionym i niepokornym. Czwarta nad ranem, pora spać umawiamy się na pobudkę za kilka godzin, wiadomo każdy pali się na gada i gdyby mógł już by wyjechał na wschód, chęć sprawdzenia własnych możliwości jest tak ogromna, że nawet bez pozostałych pięciu uczestników kusi.
Piękny poranek, 7.30 wszyscy na nogach . szybkie śniadanie i pakujemy co najpotrzebniejsze na maszyny. Niebawem zjawia się Piotr w terenowym Land Roverze - nasza obsługa techniczna służąca również za transporter dla naszego najcięższego bagażu. Po nim dojeżdżają Wojtek z Pawłem, obaj zakochani we własnych Suzuki. Jest nas sześciu - brakuje jeszcze reprezentacji Krakowa.
Łukasz zaczyna odprawę słowami „Jak będzie padać - będzie ostro, jak będzie sucho - dacie radę", rozdaje nam pakiet startowy, czyli naklejki i koszulki i opowiada na co uważać i co robić żeby przetrwać jednakże każdy z nas wie, że musi się sam przekonać - odczucia każdego są subiektywne więc tylko przyjmujemy do wiadomości stówa Łukasza ale co z tym zrobimy i jak to zostanie przez nas wykorzystane stanowi zupełnie odrębną historię . Piotr w tym czasie wgrywa nam track w Garmina.
W zasadzie po godzinie wszyscy jesteśmy gotowi ruszać na granicę, robi się gorąco, i każdy chciałby już być na Ukrainie. Niestety nie ma kompletu ludzi więc czekamy. Około południa nareszcie są spóźnialscy, wiadomo: ci co najbliżej mieszkają są zawsze spóźnieni. Pospieszani przez nas Grześ, Bartosz, i Grzesiek pakują graty na swoje maszyny: Can-am i dwa Grizzly. Udało się, nareszcie, ruszamy - 30 km asfaltem na przejście graniczne w Krościenku.




